środa, 28 września 2016

(227) Lapsusy

     Czasem niektórych rzeczy nie należy robić. No nie nada i nielzja.

     Przytrzymałam mego życiowego rumaka w cuglach piąta dziesięć rano, kiedy to elektroniczny kur wypiał pobudkę i dziobiąc w zadek nieparzystokopytnego, chciał wygnać na nim pół rodziny, czyli Mata i mnie, spod kołdry wprost na poniewierkę. W sumie niedaleko, do biedronki, przy której zbierała się ciżba szkolna, by osiąść w autokarze i dać się powieźć ku ojczyźnie Kopernika i pomniejszych wielkich, pulchnej jak piernik Katarzynka, ziemi toruńskiej. W zasadzie przez 15 minut drogi nie ma się zbytnio czasu ani okazji sponiewierać, ale zmarznąć już tak. To zostało mi więc oszczędzone. Matowi natomiast został dzięki temu oszczędzony widok mnie jako jedynej matki machającej chusteczką. Jako jedynej matki odprowadzającej dziecko w ogóle. Obie strony były więc zadowolone - ja uniknęłam zapalenia pęcherza, a Mat kompromitacji.
   
     I tu naszła mnie refleksja, że człowiek wspina się bowiem całe życie na tę wieżę Babel macierzyństwa, używając czekana miłości, wysublimowanej wiedzy, szantażu i przekupstwa. A potem, gdy stanie na szczycie, okaże się, być może, że to urwisko spartańskie, a u jego stóp bieleją kości starców i niezdolnych do życia w szerokim rozrzucie, także tym wiekowym. Kwestią czasu jest tylko dodające skrzydeł klepnięcie w plecy przez własne potomstwo. A potem leci się gładko.

     Nie pomna nielzja, zajrzałam z mieszaniną ciekawości i napiętej ostrożności graniczącej z kakofonicznym akordem, bo nie samotną nutą, przerażenia w czeluści działu zakurzonych kopii roboczych bloga. Trzydzieści dziewięć zasuszonych larwalnych postów, związanych jak salcesony, łypie na mnie matowym okiem z zatłoczonej drewnianej półeczki. Całe stado salcesonów. Co z wami zrobić, pokraczne maluszki? Dobić nie mam siły, tym bardziej urodzić. A kij wam w oko! Płodzę czterdziesty. Jestem Alibabą, co jest bardzo podobne werbalnie do alidady. A wiedzę, co to alidada, posiadłam dopiero w wieku dojrzałym i soczystym, czym oczywiście się tu pochwalę, bo jak się nie pochwalę, to ją zapomnę.

    Kiedy słowa wykazują aż tak daleko idące podobieństwa, łatwo w takich wypadkach o przejęzyczenie, prawda? No niestety i mnie się to zdarza, przyznać muszę. I to w wersji nie tylko akustycznej, ale i pisanej. W sumie dobrze, że nie znam żadnych męskich bliźniaków. No dodam, że piekielnie inteligentnych lub choćby tylko przystojnych. Jeszcze by mi się pomylili i co. Przejęzyczyliby mi się zapewne.

A oto co mi się werbalnie zdarzyło:

- Napijesz się siku*?
- A Ty?!
- Chętnie.
- Stosujesz urynoterapię?!
______
* soku


- Polski jeżyk* rodził się chyba w bólach.
- Ale dlaczego tylko polski? To chyba niełatwe zadanie, okupione nieludzkim cierpieniem.
- No, nie. No wiesz, te wszystkie szelesty...
- Tak, jeże na pewno nie rodzą się w ciszy.
_______
* język


- No i naukowcy w tym Sevres widzą zegar i szczytują*.
- Tak?
- No tak, żeby zgrać się w czasie, wiesz.
______
*sczytują


- Chłopięce zabawy są ekstra! Kiedy byłam mała, byłam chłopcem. Wtedy najchętniej  bawiłam się sutkami*!!! Ale czad!
- Hm, wiesz, że ja też? I do tej pory lubię.
_____
*autkami



      A teraz, pisząc ten post - co za chichot zbiegu okoliczności - usiłuję wyczyścić monitor. Skrobię paznokciem i skrobię, myślę sobie, co za franca zbezcześciła mi monitor długopisem, albo, sądząc po trwałości śladu, jakimś permanentnym ustrojstwem, bo nie schodzi i już.

     Aż wreszcie zauważam, że to zagubiony apostrof...

niedziela, 18 września 2016

(226) Bajka o karpiu

     Siedzę na trawiastym zboczu, wpatrując się w wijącą w dole rzekę, jak muska mokrymi liźnięciami nieco gliniasty brzeg. Małe wiry w pobliżu kamieni, powierzchnia wody uczesana nurtem w sztruks.
     
     Moje łokcie spokojnie spoczywają na ugiętych kolanach, w splecionych dłoniach obracam źdźbło trawy. Biorę je do ust, rozgryzam zębami soczystą łodyżkę i spoglądam kto siedzi obok mnie. Ostry profil, okulary w drucianych oprawkach, pasma siwych, dobrze ostrzyżonych włosów. Podwinięte rękawy czarnej koszuli, między kołnierzykiem dwa guziki niedopowiedzeń.

- Znasz historię karpia? - wyrwany z zamyślenia odrywa wzrok od hipnotyzującego prądu rzeki i zwraca ku mnie twarz. Zamykamy obwód. 

Kiwam przecząco głową. Już wiem, że utonę w tej opowieści. 

- Wiesz, jaki ma kolor woda tej jasnej nocy, kiedy karp umiera i wystawia swój brzuch ponad lustro wody, by odbić się w tarczy Księżyca? - po szkłach okularów przebiegają świetliste refleksy.

Ela Wasiuczyńska

- Skoro umiera nocą, to pewnie w granatach inkrustowanych srebrem? Nie za wiele srebra, - dodaję po chwili - gdyż wyglądałoby to tandetnie i nie pasowało do powagi śmierci. Tandeta ośmiesza. Posrebrzone są pewnie lekko maleńkie części fal, ot, tyle smug księżyca, ile pływa po powierzchni wody, gdy zanurzysz w niej czubek pędzelka.
A jeżeli to nie byłby granat - dodaję, - to mogłaby to być czerń kosmosu złagodzona do ziemskiego grafitu. Pewnie z domieszką głębokich podwodnych szmaragdów osadzonych w pierścieniach pijawek. Na takim tle brzuch karpia jest trupio blady, widoczny z daleka jak biała wyspa na morzu czarnym.

- Otóż nie. Śmierć karpia jest zjawiskiem cyklicznym i nie tonie w żałobnych kirach. Kiedy karp rokrocznie umiera i przewraca się mlecznym brzuchem do góry, zaburza porządek wszechrzeczy. Woda opalizuje wtedy radosnym różem i srebrzystościami księżyca, ale zdarza się też czasem, że zdąży wpleść w rwące warkocze nurtu złoto promieni słońca.

     Rozglądam się i zauważam, że nie jesteśmy sami. Zbocze pokryte jest szczelnie kocami, na których siedzi już spory tłum złakniony widowiska. Z góry nieprzerwanie lukruje wszystko białe światło Księżyca, rozsmarowując się na powierzchni wody tysiącem migotliwych gwiazd. 

- Jest coś ważniejszego - nachyla się do mnie i odgarnia kosmyk włosów tak, żeby gorący podmuch powietrza z jego ust wypełniał wnętrze małża ucha. Ścisza przy tym głos do tego stopnia, że staje się piaszczysto chropowaty. Ziarenko słów podrażnia i toczy perłę. -  Najważniejsze w tym jest to, - jego wilgotny szept osiada rosą - że w momencie, kiedy woda staje się srebrzyście różowa i oznajmia śmierć karpia, spełniają się wszystkie życzenia.

-  I trwa to tylko chwilkę? - Pytam z lekkim uśmiechem, nie mogąc oderwać wzroku od gasnącego w dole hipnotyzującego widowiska malującego się w gęstej ciszy u mych stóp. Pod drobnymi falami  gasną ostatnie opalizujące smugi różu, a karp odpływa w głębiny.

- Tak, - odwraca głowę, by spojrzeć na ciemną już rzekę. Rozgląda się i spuszcza wzrok. - Jak łatwo przegapić cud.


czwartek, 8 września 2016

(225) Trywialne objawienie

     Doznałam ostatnio iluminacji. Objawiła mi się rzecz najprostsza i najoczywistsza, która tkwi tuż przed nosem, a więc paradoksalnie jest najtrudniej zauważalna.

     Człowiek skupiony jest na celach. Co chce. Osiągnąć, mieć, do jakiej wyspy na tej zagmatwanej mapie życia dotrzeć, co na niej zbudować i kim zostać jak dorośnie.
O ile kiedyś dorośnie.
Piotruś Pan nie dorósł i miał fajnie. No ale on tak postanowił i był konsekwentny, więc można mu wybaczyć tę niesubordynację względem czasu.

     Ale! Równie ważne jest wiedzieć, czego w życiu się nie chce. Odważnie spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć jakich cech się nie toleruje, o co boleśnie haczy dusza wirująca w ciele, do których wysp nigdy nie dopływać. Wiedzieć, czego się nie chce to już ogromnie dużo.

Ale marzeń sobie nie odmawiam. Zwłaszcza tych malinowych. Niech idą w boczki. 

Dzisiaj Dzień Marzyciela. Ktoś z Was się poczuwa do świętowania przy mentalnym torcie? Palec pod niezabudkę!

Zaraz zrobimy kawę. Wprawdzie nie mam kawy, filiżanek i pieniędzy,
ale od czego jest nadrealizm, metafizyka, poetyka snów.

                                                                                                                              Tadeusz Różewicz



A Ty? Kim będziesz, jak dorośniesz?


piątek, 26 sierpnia 2016

(224) Igraszki z Kaczyńskim

     Dziś znowu nie będzie o robalach, bo mam palący wręcz piekielnie temat, którym muszę się z Wami podzielić, niech Was też parzy, a co.

     Wyobraźcie sobie, że staję teraz na mównicy i natchniona, z rozmarzonym wzrokiem i rozmazanym okiem mówię jak Martin Luther King: I HAVE A DREAM! I ta reakcja! Z milionów płuc wydobywa się ekstatyczne westchnienie, które łącząc się z moją emfazą w jedno pierzaste serce, unosi się nad tłumem, samo będąc jednocześnie dla niego prawie namacalnym dowodem jedności i podniosłości chwili. Coś jak napisy końcowe pojawiające się przy wtórze porywającej muzyki. Wyciska łzy przez pępek.

Z tym, że mój sen daleki był od marzenia sennego, a reakcja tłumów daleka od ekstazy. Oj, tak. Aż się wzdragam na jego wspomnienie.

     Nie mam pojęcia jak go ubrać w słowa, bo nijak nie wpasowuje się w dzisiejszą, lepszą rzeczywistość nad której urwiskiem szumi już nie szopenowska wierzba, lecz brzoza (nota bene to już kolejne drzewo w szpalerze historii, obok tych, na którym gniazdo założył orzeł biały, dębów Bartek, Lech, Czech i Rus, obok jodeł, co to szumią na gór szczycie i rozdartych sosen. I jaworów, pod którymi amory. Może flaga Kanady nie jest taka od czapy?).
Sen może się jednak tak akuratnie wpasować w tę dendrologiczną rzeczywistość, że okaże się, że będzie to mój ostatni post, więc jeżeli zniknę w niewyjaśnionych okolicznościach, to wspominajcie mnie dobrze i przysyłajcie cebulę i majtki na zmianę. Dobrą zmianę.

     Mianowicie śnił mi się PREZES. Tak, sam Kaczyński. Jestem zaszczycona. I to nie był sen erotyczny, o nie! Jesoo, jeśli to byłby sen erotyczny, to o zabarwieniu horroru, z nutą groteski, a nawet makabreski. Taka niestrawna mieszanka spowodowałaby, że kołderka automatycznie zamieniłaby mi się w kir i marmurową płytę zaraz po transmisji. 

     Nie wiem, czy dam radę opisać te ekscesy, ale w końcu taki mam zawód, więc po prostu muszę, rozumiecie. Taka robota. Ale co się zobaczy, nawet we śnie, tego się już nie odzobaczy, a nie chcę być jedyną osobą na świecie z szokiem pourazowym. Mam widocznie coś sadystycznego we krwi, więc przekręćcie potencjometr tolerancji na maksimum, żeby nie doznać spalenia obwodów. Bo tu wymagane są wzmożone moce przerobowe. Normalnie aż mi wstyd. Włączcie empatię. I wybaczcie. To potrwa krótko.

Otóż prezes nosił wodę z jednego pokoju do drugiego bardzo ją rozchlapując. Dlaczego? Nosił ją w ustach, a przy tym tak się śmiał, że wypływała mu spomiędzy zębów, ciekła kącikami ust, pryskała po każdym parsknięciu. Prezes próbował zakrywać usta rękami, co jeszcze pogłębiło wydźwięk chwili. Przebiegał kurcgalopkiem w garniturze w tę i wewtę. Czułam wielki niesmak i niemal obrzydzenie. Politowanie i wstyd, całą tą niezbyt przyjemną mieszankę, kiedy ktoś wygłupia się niesmacznie, a przy tym głupkowato. Mieszanka zabójcza, dyskredytująca i dyskwalifikująca.



Chcąc przetrwać ten danse macabre, krzyknęłam: ZBIÓRKA!

Kaczyński stanął jak wryty, zbaraniał kompletnie, powiódł ciemnymi oczkami z prawa na lewo, aż trafił na mnie i w wysokim stopniu zaskoczony wykrztusił bezradnie: JESTEM PREZESEM! TO JA MOGĘ ROBIĆ ZBIÓRKI!

No już. Koniec tej traumy.

Z sennika staropolskiego:
Śnić o męskich wygłupach - uważaj, spełni się na jawie! Oraz strzelisz trójkę w totolotka.

Zaiste, sama prawda w tych sennikach.


poniedziałek, 22 sierpnia 2016

(223) Mogiłka

     Miało być o robalach, ale nie będzie, bo może Wam się już przejadły? Będzie w takim razie o czymś innym. 

      Stał się oto cud i pojechaliśmy w zielone, daleeeeeko, daleeeeeko, za siódmą górę. Mim, Mat, Mama z Koleżanką i ja. No, może zajechaliśmy nie aż tak daleko, ale fakt faktem, że dojechaliśmy na pogranicze Wielkopolskiego Parku Narodowego, gdzie mamy kawałek naszej planety na wyłączność. Na górze kilka tysięcy metrów własnego nieba, pod nogami analogicznie tyle samo chwastów, a przed furtką rząd wierzb niepłaczących, szuwary, pole, o tej porze ogolone na jeża, a za nim jezioro, po którym będąc małą szczerbatą dziewczynką pływałam z bratem żaglówką albo i wpław.
     Jezioro to, jak większość jezior na tym terenie to akwen polodowcowy, w którym znajdowałam tony muszelek. Ale nie takich zwykłych, nie. Muszelki były bowiem skamieniałe. Mieliśmy kilogramy skamieniałości, ach, gdybyż zachowały się do dziś, bylibyśmy chyba obrzydliwie bogaci, co? A tak to pozostaje grać w totka.  

     Ale nie będę opisywać co robiliśmy w chwaściorach, bo to raczej nudne, no, z wyjątkiem zabaw Mata i Mima, którzy to rzucali mirabelkami do celu. Celem była srebrna strzała mamy, japoński cud motoryzacji z przełomu wieków. W zasadzie zarówno gabarytami jak i kolorem przypominała finalnie słoik dżemu mirabelkowego.

Wcisnęliśmy się do niego ponownie, a nasze pięć ciał wypełniło szczelnie przestrzeń strzały (ach, jaki smaczny zlepek szczprzstrz!). Jechaliśmy, jechaliśmy, wieczór wciskał się do środka przez wywietrzniki, oddechy uciekały przez uchylone okienka, kolana kłuły w brody, a brody kłuły kolana (Mat, nie dość, że produkuje więcej testosteronu ode mnie, to już mnie przerósł! Ma 173cm wzrostu i nie widać końca tej tendencji). No i pech i Mat chcieli, żeby odebrać po drodze zdjęcia. Stanęliśmy więc na parkingu, Mat poleciał na skrzydłach euforii po swoje foty, a ja i Mama wysiadłyśmy powdychać pełną piersią świeże spaliny miasta. Położyłam bukiet kwiecia od Mima na dachu, żeby nie trzymać go ciągle w dłoni. Wiecie, ręka się poci, łodygi też, nic przyjemnego ściskać taką zieleninę. Kładąc je na dachu nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że kładę je jak na pięcioosobowym grobowcu, tylko, że wewnątrz Mim i Koleżanka bardzo żywotnie deliberują. 

- Zapomnisz o nich - beznamiętnie zauważa Mama.

- Ależ skądże, specjalnie położyłam je w tak widocznym miejscu, żeby nie zapomnieć. 

- Ze straszykami było to samo, przypominam - Mama ziewnęła przeciągle.

Zacukałam się z lekka. Hmmmm, serio? Zamordowałam straszyki w tak perwersyjny sposób? Błogosławiona sklerozo i Ty, święty Alzheimerze!

No, Mat, długonoga gazela, powrócił. Pakujemy wszystko i wszystkich do srebrnej strzały i wyruszamy.
Jedziemy sobie dostojnie, aż tu nagle na drugich światłach młodzieniec obok wykonuje bulwersujące ruchy prawicą, i patrzy na mnie uśmiechając się lubieżnie. No co za facet! Oczywiście uśmiecham się do niego również. Tylko co to za nieprzyzwoite ruchy? Aaaa, że mam okno otworzyć. Nono. Szkoda.

- Proszę głośniej, młodzieńcze!

- No to kwiatki spadły, mówię, ale dopiero niedawno!

Psiakrwia. A to nawet nie Boże Ciało. No i mamy proroka w rodzinie.



Jako, że brak fotografii ilustrującej zdarzenie, a to wysoce z nim koreluje, pokazuję Wam z czego wiosną zrobiłam cukier fiołkowy.
No to może następnym razem będzie już wyłącznie o robalach, co? 

sobota, 13 sierpnia 2016

(222) Lukratywna posada i słaba waluta

     Ostatnimi czasy w wolnej chwili przechadzałam się po rynku pracy. Rynek na pierwszy rzut oka zdawał się być wielkogabarytowy i oferujący bogatą gamę płodów ludzkich, od  elastycznego młodego koperku po stukilogramowe spasłe dynie. Wszędzie praca, praca, praca, człowieku nie opędzisz się, musisz podjąć pięć równoległych etatów, taka klęska urodzaju. 
     
     Niemniej po wnikliwych oględzinach rynek zaczął się niepokojąco kurczyć, a na straganach, jak się okazało, leżała przeważnie cebula, buraki i marchewka. I to w rozkroku. Pożądana jest sama nać, to znaczy brać studencka. Studentki za ladę pubu, sklepu, do tacy, do masażu. Studentki na hostessy i na barykady. Na infolinię i do e-commerce. Teraz to się wszystko tak ładnie nazywa. Sprzedawca to doradca klienta, albo zastępca kierownika sklepu, albo i sam kierownik. Chcąc pracować jako rejestratorka - wymagamy dyplomu ukończenia kursu, prowadzić biuro notarialne może owszem, studentka, ale już tylko prawa. Kurs wymagany niemal do każdej profesji, nic, tylko prowadzić takie kursy, pomyślałam. Obsługi kserokopiarki dla kopistki, ekspresu do kawy na sekretarkę, jednego programu komputerowego na recepcjonistkę. Żałuję, że nie jestem wieczną studentką. Bo po studiach być to już też nie, bo na pewno taka zaraz zajdzie w ciążę i to bliźniaczą.
     
     No i teraz pracuje się głównie na zlecenie, więc w zasadzie popracować można trzy miesiące i zacząć zwiedzanie rynku od nowa. Aż się zwiędnie i zostanie rynkową starą panną, babulinką straganową lat 29. 


     Ale, hola, hola! Co me modre oczęta wypatrzyły na rynku! Leży sobie soczysty i jędrny anonsik - osobista asystentka. Nie chcą studentki (to znaczy chcą, ale nie jest to warunek konieczny), praca na pełen etat (etat!), umowa o pracę, wysoka, kilkutysięczna pensja, a praca nie wymagająca wydzierania sobie rękawów - prócz prowadzenia biura, organizowanie spotkań  biznesowych, delegacje itede itepe. Na razie ładnie. Cofam się jednak trzy wersy wyżej, bo wzrok mój ukłuły słowa "dyskrecja" oraz "bliska współpraca ze mną" tudzież "obowiązki pozabiurowe".

     No i tu cię mam, bratku. Ale sprawdzę, mówię sobie, może moje myśli robaczywe zagalopowały się na tym koniku zbyt daleko, zbyt śmiało i może ja źle oceniam człowieka? Bo przecież firma ma piękną stronę internetową, wszystko ładnie i cacy, więc nic nie budzi podejrzeń. No, prawie nic. Zwłaszcza, że znajduję drugie, bardzo podobne ogłoszenie, pensja już wyższa - 7 tysięcy.

Z głupia frant pytam nobliwie o wachlarz obowiązków pozabiurowych. I nadchodzi odpowiedź, cytuję:

" (...)Natomiast zakres jest dość szeroki. Począwszy od seksu oralnego, klapsach, ciągnięcia za włosy, kończąc na seksie analnym jeśli obie strony go preferują".

Odpowiedź od drugiego "prezesa" (jeden lat 32, drugi 42 - moja dociekliwość socjologiczna kazała mi wybadać, w jakim wieku człowiek staje się tak zdesperowany i znudzony (?) i poszukuje płatnych osobistych asystentek), była jeszcze dokładniejsza. Tu już w "obowiązkach pozabiurowych" było wymienione wszystko, równiutko, w  wielu podpunktach, tak do 3/4 długości alfabetu.
     O, mamuniu. Dobrze, że leżałam, bo bym upadła.

  Teraz nie wiem, czy podołałabym tym całodobowym powinnościom :P No i w przeliczeniu na roboczogodzinę to chyba nie za bardzo się opłaca, co? Zwłaszcza, że złotówka ( tfu! pięciozłotówka), jak się okazało, to taka słaba waluta! Wystarczy, by sięgnęła bruku z wysokości metra i, o, co się robi.


PS
A na mój --->Kręgosłup Oralny wchodzicie? Opisuję tam właśnie swój gorący romans z ZUSem. Proszę się zapisywać w poczet rencistów, pókim żywa! I nie trzeba być studentką! 


wtorek, 26 lipca 2016

(221) Uroda życia

     Dawno nie chodziłam po plaży w kostiumie kąpielowym. No, nie żebym siedziała na plaży w dżinsach i koszuli zapiętej na ostatni guzik, nie. Ale dawno nie szłam plażą swobodnie z jednej miejscowości do drugiej ubrana li i jedynie w bikini.
Bardzo lubię to uczucie, kiedy woda zabiera mi piasek spod stóp, jest zimna i orzeźwiająca. Wiatr plącze mi włosy, a ja muszę ciągle wkładać te niesforne kosmyki za ucho. W zasadzie dlaczego muszę? Nie muszę właśnie, niech spadają mi na twarz. Niech jaśnieją na słońcu, niech słońce i wiatr pospołu z woda morską robią mi naturalny balejaż. Jakoś wiosną bowiem zauważyłam początek tego fryzjerskiego procesu, całe pasma siwych włosów. Spojrzałam sobie w niebieskie oko i pomyślałam, że to już. Powoli, skrada się, zbliża koniec pewnej epoki. Nie wyglądam jednak na swój wiek. Wiem. Ostatnio wprawiłam w konsternację ginekologa, niestety nie tym, co mam między nogami, lecz metryką. Dobre i to!

     Wracałam, wiatr łaskotał mnie w plecy, bawił się sznureczkiem związanym pod łopatkami w symetryczną kokardkę. A oczom mym ukazał się piękny widok. Czterech panów bez psa. Dwóch rosłych brunetów, w pełni mocy przerobowych, skanowało płyciznę w poszukiwaniu syren, pan starszy, przyprószony bardziej niż ja szedł po linii demarkacyjnej wody i lądu, a wokół nich jak elektron dreptał brzdąc płci męskiej lat na oko trzy. Szli sobie, czterej wspaniali, nic nie mówiąc, wprawiali w zamęt ziarna piasku i cząsteczki wody, a ja patrzyłam jak na film w iluzjonie. Piękny obrazek, zaprawdę powiadam Wam. 
Czasem człowiekowi zahaczy się w sercu coś tak pięknego i poruszającego, coś, czego inni nie zauważają, a które może w przyszłości wyda jakiś owoc. Kto wie, może czterej panowie bez łódki i psa pojawią się znienacka w jakiejś bajce i zostaną przesłani w kapsule czasu kolejnym pokoleniom.

Czasem udaje mi się zatrzymać coś pięknego w kadrze. Mam w głowie taką przegródkę wyściełaną niebieskim welurem, gdzie składuję ładunek z plusem. To jest takie ogniwo galwaniczne, kiedy sama jestem jednym minusem, działa jak bateria na wspomnienia. Muszę pamiętać o cyklicznym doładowywaniu :) Macie przegródkę na coś pięknego i dobrego? Co tam chowacie? :)











Szkoda, że nie słyszeliście. Kos siadał przed naszym oknem o świcie i wieczorem. Śpiewał tak cudnie, że powietrze zamieniało się w kryształ. 

niedziela, 26 czerwca 2016

(220) Co robią skrzaty w promocji? Oraz sesja i biżuteria!

     15 czerwca nie był pod żadnym względem dniem nadzwyczajnym. Nie było trzęsienia ziemi, bo ten fakt zanotowały sejsmografy w poniedziałek, wiadomo, najgorszy dzień tygodnia usiany zawałowcami i gęstym trupem.
   
    Dzień był niby słoneczny ale przydymiony, niby bezchmurny, ale grzmiący głosem piorunów. Ktoś miał rocznicę ślubu, ktoś tam komuś się urodził, ktoś świętował oblany egzamin albo dwie kreski na teście. Po dwóch tygodniach chyba już nikt nie pamięta, co tego dnia robił.

     Tymczasem, gdzieś w podziemiach matrasów i empików, zgraja pracowitych skrzatów ciągnęła za sobą dębowe skrzynie wypełnione czymś zielonym. Niestety, nie dolarami. I nie zużytymi chusteczkami higienicznymi, to akurat dobrze. Ale z tymi chusteczkami blisko, blisko, elementem zbioru wspólnego są wydzieliny głowy i celuloza.

- Jasny gwint, ale to ciężka rzecz, ta literatura! - zauważył pierwszy, wysupłując skołtunione bokobrody spomiędzy deszczułek skrzyni.

- Dokładnie!. A wszyscy gadają, że lekkie pióro! Że leciutko się czyta! Że poczucie humoru nic nie waży!

- Gówno prawda, ci powiem - spomiędzy wyplątanych bokobrodów zaraz za słowami wytrysnęła porcja gęstej śliny, lądując finalnie na ścianie katakumb księgarni. Zapadła cisza przerywana chrapliwymi oddechami o konsystencji bąka. Obaj skrzaci patrzyli leniwie jak ślina spływa po ścianie, zostawiając po sobie ślimaczy ślad.

- Wiesz. Ale podobno całkiem gładko się czyta - oczy osadzone nad bokobrodami śledziły tor plwociny aż do samej podłogi.

- A w dodatku ta blondyna z tego erotycznego autorskiego trójkąta schudła znacząco - między wąsem a brodą drugiego ukazał się mokry, różowy język podobny do jaszczurzego. Po chwili znikł w gąszczu zarostu wijąc się jak robak. Żółte ślepia błysnęły obleśnie w półmroku - wiesz, że ona latem nosi wyłącznie krótkie sukienki? I to bez niczego pod spodem?!

- Czasem dobrze być małym, co? Hehe! - spomiędzy splotów trzęsących się bokobrodów wysypały się okruchy starego gulaszu i rechot. Okruchy spadły na podłogę, a rechot wkręcił się głęboko w brudne ucho wąsacza. Ten pokręcił długim, żółtawym paznokciem w głębinach swej muszli, oblizał go ze smakiem i pomlaskując, sięgnął do skrzyni po książkę. Mokrym palcem przerzucił kilka kartek. - Ty, słuchaj, tu są nawet momenty! - dorzucił po chwili.

     Ukucnęli przy oplutej ścianie, ściskając w lepkich łapach książkę. Dwie pary oczu pełzały zachłannie po rzędach czarnych liter, a trzy ręce naprzemiennie gładziły najpierw śliską, sztywną okładkę, a potem wysuwający się spod zarostu wilgotny jęzor. Czwarta całkiem jawnie drapała goły pośladek. Pod bokobrodami powstało podciśnienie, powietrze zostało ze świstem wessane do płuc właściciela, który to, modulując głos, przeczytał, co następuje:  


"Odskoczył, uderzając plecami w drzwi. Te uchyliły się
nieco pod jego ciężarem. Stukułka, nie mając oparcia,
zsunął się po ich gładkiej powierzchni i upadł jak długi,
lądując głową między czyimiś korpulentnymi łydkami
stojącymi za progiem. Leżąc na wznak, przesunął wzrok wyżej,
na uda, skądinąd znajome. Nad nim, jak Statua Wolności,
stała Aldona Maieuskaus, dzierżąc we wzniesionej dłoni pogrzebacz, 
a w drugiej kajet. I Stukułka, patrząc na promienie okalające głowę Aldony
– a były to ołówki kopiowe, którymi wypełniała księgi w magistracie – 
doznał olśnienia i zobaczył wolność wiodącą lud na barykady.
– Aldono! Miłości mojego życia! Będziemy wolni! Ty i ja! 
Wydrzemy się z tych kleszczy wojny i pobiegniemy
ku jutrzence swobody. „Jest to najmądrzejsze posunięcie
 ze wszystkich, które uczyniłem.”, Stukułka był pewien, że czyni słusznie.
 „Lepiej będzie, gdy krew Aldony zamknięta w tak kształtnym ciele
nie zostanie przelana. Czymże jest poświęcenie dla ojczyzny?
Czyż lepiej będzie, że zginiemy tutaj, czy może damy sobie szansę
poza tym kotłem świata? Jeśli zginiemy w drodze,
cóż, taki zamysł Opatrzności. Ale dajmy sobie tę szansę.
Dajmy ją naszym nienarodzonym dzieciom!”
Po czym od razu przeszedł do czynu na skrzypiącej kozetce 
w drugim pokoju, zostawiając skonsternowaną,
przyścienną staruszkę samej sobie (jednakże czuł fizycznie
czyjeś oko świdrujące przez dziurkę od klucza
i prześlizgujące się po ich splecionych, nagich ciałach).
„Ljubow nie kartoszka – Dłużej gorąca, a i w towarzystwie lepiej smakuje”,
Stukułka, doszedłszy do tych życiowych eksperiencji, mlasnął
i zasnął na ciepłym biuście Aldony".*)


*) "Wędrówki i myśli porucznika Stukułki" wydawnictwo MG, premiera 15.06.2016


     Finalnie skrzaty zdołały dostarczyć książki do miejsca ich intymnych spotkań z Czytelnikami, gdzie, drodzy Czytacze możecie ją odnaleźć pod literką T jak Tyrmand Leopold. (Kaczce i Skorpionowi doniosły skrzynkę szampana, którego sączą mocząc odnóża w basenie (nie szpitalnym)).

     A jak to się zaczęło i jak to Kaczka i Skorpion wygrały konkurs, można doczytać tutaj:

http://booklips.pl/newsy/napisaly-najlepsze-zakonczenie-minipowiesci-tyrmanda-ich-tekst-ukaze-sie-w-ksiazce-razem-z-dzielem-autora/

i w skorpionim pamiętniczku tutaj:


Mat, jak uważasz, który profil jest mniej przykry dla oglądających?



No, ale książkę trochę też uchwyć, co?



Bez przesady!



O, idealnie. 



Dla wnikliwych - taaaak, mam profesjonalny pierścień :D



Wykonany na podstawie rysunku Newy, który jest zdjęciem profilowym Skorpiona na FB :



Cmok!
Wracam do basenu! A Wy czytajcie!


środa, 15 czerwca 2016

(219) Poranek

     Oj, bardzo lubię takie zadania literackie! Dobrze czuję się w poezji, w prozie poetyckiej. Na razie tak. A seksu wciąż nie ma :)


Twoje zadanie na dzisiaj

Dzisiaj będzie nieco przewrotnie. Na stronie Nonsensopedii (...) znalazłam taką wskazówkę na temat tego, jak napisać wiersz: 

„Po pierwsze – żadnych prostych zdań, niczego nie mów wprost. Jeżeli chodzi ci o to, że kanapka z serem jest spleśniała, lepiej napisać Ni to strawa, czy już porost, pokrywający chleb powszedni niczym ziemia nieboszczyka. Po drugie – mnóstwo metafor i porównań. Sens niewskazany, chyba nie chcesz, aby prozaiczni ludzie zrozumieli twe nasycone emocjami wiersze... (…) Po trzecie – dziel zdania enterem jak popadnie. Dzięki temu wydasz się niezmiernie natchniony”. (http://nonsensopedia.wikia.com/wiki/Poradnik:Ja..., online 20.05.2016) 


Dzisiaj zastosujesz się do tej wskazówki i napiszesz krótki tekst (może być wiersz, choć nie musi) o tym, że każdego dnia wstajesz rano, jesz śniadanie a potem idziesz do pracy. I tyle. 



Słońce wysuwa się asem z rękawa horyzontu
po raz sto sześćdziesiąty siódmy tego roku, tym razem pogodny.
Nie kantuje.
Promienie pełzną po pierzastych górach
w pachnącą chemicznie łączkę z ekologicznej bawełny
sieją zamęt i ziarno prawdy
genetycznie modyfikowane
mleko
w kubku z głuchym uchem.
Z górskich dolin zmartwychwstaję,  oblewam ziemistą cerę rumieńcem,
by kwitnąć o poranku wzbudzanym cyklicznie życiem.
Orzę stopami włochaty dywan, ciągnę lemiesz rytuałów,
kroję plony
androny
andruty prawd
maślane.
Mam ochotę na gruszkę z wierzby z parmezanem.
Zasadzę.
Przesadzam.
Urośnie arialem do wysokości dwunastu pikseli.


piątek, 10 czerwca 2016

(218) Włos



Twoje zadanie na dzisiaj

Napisz krótki artykuł poradnikowy „Jak podzielić włos na czworo (i po co to robić)?”.

     Tak, jak do brydża, tak i do dzielenia włosa potrzebnych jest czworo ludzi. Nie ma przy tym żadnego znaczenia, czy ludzie ci darzą się sympatią. Nawet, gdyby jakimś cudem lubili się przed podziałem, to możemy być pewni, że po podziale już nie będą. Dlaczego? Z prostej przyczyny - podział taki jest z założenia niesprawiedliwy, a człowiek jako istota o wysublimowanym i wyśrubowanym poczuciu sprawiedliwości, z miejsca wychwyci nawet subtelne drgania w tej materii. 

Pójdźmy dalej: osoba, która zostanie obdarowana nasadą włosa z cebulką, będzie wzbudzała zazdrość osób, które otrzymają dwa dalsze, zwyczajne odcinki. Mieć cebulkę, to jakby mieć wędkę i krowę dojną jednocześnie. Można sobie hodować włos choćby metrowej długości.
Ten, kto dostanie końcówkę - zszarganą farbowaniem, a, nie daj bóg, rozdwojoną, będzie miał słuszne pretensje do pozostałej trójki.
A to nie koniec darcia pierza! Jesteśmy o włos od wojny! Wiadomym jest bowiem, że lokowaci chcą mieć włosy proste, a prostowłosi kręcone. Niesprawiedliwość i tu zagląda nam w oko. Włosa kręconego w jednostce długości jest więcej niż włosa prostego i to kolejny powód do kłótni. Włos blondyna jest cieńszy od włosa bruneta i znowu powstają niesnaski, bo blond pukli wchodzi więcej wagowo. 
Tak czy owak, ciągle źle.
Dlatego nie dzielmy włosa na czworo. Zagrajmy w brydża!



wtorek, 7 czerwca 2016

(217) Kurza twarz!

Twoje zadanie na dzisiaj

Napisz krótki tekst zaczynający się od zdań: „Ostatni wagon przeleciał z hukiem. Wybiegliśmy na tory”. (Wilk 2014: 7) 

- Kurza twarz, Żorżyk, co to było?! Widziałeś to?! - Kurakao poczochrał się po rozwichrzonej piersi, przeskakując z emocji z jednego podkładu kolejowego na drugi.

- Nooo. Ojapitolę - Żorżyk flegmatycznie przewrócił oczami  - ten pociąg dosłownie frunął w powietrzu. Nigdy czegoś takiego nie widziałem.

- Nie dziwota, w środku były same niebieskie ptaki, widziałeś je? Smukłe, błękitne skrzydła unosiły tę kupę żelastwa w powietrzu jak piórko - Kurakao, wciąż nerwowo podskakując, poczerwieniał na podgardlu - normalnie czary! 

- Ale, że co? - Żorżyk nie zadążał - Usiłujesz powiedzieć, że to, co przed chwilą rozmazało nam  w pędzie krajobraz, to latający pociąg?

- No jasne, że latający! Napędzany niebieskimi migdałami z gardeł tych niebieskich ptaków. Przecież to jasne jak słońce - piał w zachwycie Kurakao. 

Żorżyk wdrożył awaryjny tryb myślenia, który odmalował się na jego ptasiej twarzy wyrazem posępnego zasępienia.
- Kuraś, kurzy móżdżku, to chyba jednak nie bardzo możliwe- odrzekł po chwili. - Wytłumacz mi taką rzecz - dlaczego zatem, kiedy wypadaliśmy z tego towarowego, nie unieśliśmy się w powietrzu z naszą klatką ani na milimetr? Hę? Machaliśmy skrzydłami jak szaleńcy i nic, kurza morda, nic! Nie unieśliśmy się ani na moment, nie licząc momentu pędu pociągu. Ani my, ani nasza klatka.

- Ko-ko-ko-KORWA, faktycznie, brachu. On nie mógł lecieć, no ja piórkuję! Omamy mam. - W oczach Kurakao pojawiła się nuta szaleństwa (dwukreślne C), a może to tylko wirus ptasiej grypy. - Chodź na glebę, Żorżyk, czuję, że muszę zalać robaka.


piątek, 3 czerwca 2016

(216) Najkrótszy motywator

- Pisz.
- Spadaj.
- Pisz do cholery.
- Spadaj!!!!
- Pisz!!
- No spadaj, mówię!
- Pisz, bo odejdę od ciebie i nie wrócę.
  To ja, twoja przyszłość.



-Nienawidzę cię.
 Zostań.
 Piszę.


środa, 1 czerwca 2016

(215) Podjęcie wyzwania - prolog

Już cisza. 

Można poluzować pancerz i mięśnie.
Można usiąść przy stole i zacząć płakać.
To już nie jest płacz skrzywdzonej sierotki.
To łzy buntu i wściekłości. Takie, które nie wypłukują fundamentów.
To łzy, które tworzą w zmarszczkach cement i budują skorupę chroniącą delikatną zawartość.   

Wstaje i już wie, że da radę.
Kolejny raz i kolejny.
Podejmuje wyzwanie. Zawsze, gdy jej na czymś zależy. Nigdy nie pasuje całkowicie.
Bywa, że odkłada walkę na później, dojrzewa, zbiera siły.
Ma chwilowe załamania, owszem, ale zawsze podnosi się silniejsza.
I zawsze coś potem rodzi.
Choćby litery.
Choćby samą siebie. 

Taki feniks dnia powszedniego. 




wtorek, 31 maja 2016

(214) Czarne serce Jana

Przepis na chwilę przyjemności z olejem rzepakowym

     Z chwilą naciśnięcia spustu Caddy wiedział, że kula nie chybi i utknie w brzuchu Johna robiąc z jego jelit carbonarę. Jeszcze gdy z lufy dobywała się smużka dymu, podszedł do bezwładnego ciała i trącił je stopą, upewniając się, czy aby na pewno znowu nie rzuci się na niego z maczetą. Nie. John zamienił się w jednym momencie w kupę końskiego łajna. Tak przynajmniej określił go Caddy, spluwając na powiększająca się czerwoną plamę na koszuli i odszedł w stronę zachodzącego słońca.

- No, koniec i bomba kto nie oglądał, ten trąba! - Jan Kornelski poklepał się z plaskiem po wydatnym brzuchu obleczonym w trykotowy tiszert w kolorze dojrzałej pomarańczy i wprawnym ruchem wskazującego palca nacisnął przycisk OFF na pilocie. - Co tam na kolację? - rzucił zadowolony w przestrzeń.

Przestrzeń z prędkością komety odrzuciła mu damskim głosem centralnie w twarz:

- To co sobie zrobisz!

- Hm, czyli nic. - zasępił się Kornelski - Zatem efekt motyla murowany. Znowu pójdę spać głodny, a tego bardzo nie lubię, bo budzę się o drugiej w nocy i zjadam wtedy kolację łączoną ze śniadaniem. Rano jem drugie śniadanie w czasie, gdy powinienem jeść pierwsze, obiad muszę już zjeść o jedenastej, a kolację na obiad. A potem kończy się arsenał posiłków i dojadam, bo z niczym nie mogę zdążyć, wszystko wypada z utartych kolein, zaburza się kolejność wszechrzeczy i świat chwieje mi się w posadach.

- Tobie nie od tego się świat chwieje! - Maryla wysunęła zza kuchennej framugi swą twarz z lekka tylko podobną do koziej. Poruszała żuchwą, trzeba przyznać, nawet dosyć miarowo, wlepiwszy spojrzenie w dłoń męża, która wężowym ruchem wpełzła za jego plecy. 
- Wypijesz mi całą nalewkę od mamusi - wysyczała koza przez diastemę.


 - No, co? Wiesz, że uwielbiam mamusię co najmniej tak samo jak jej nalewkę! Albo i bardziej! - maleńki damski kieliszeczek z karminowym płynem wyglądał w wielkich łapskach Kornelskiego dość osobliwie i krucho. - Ubóstwiam je obie - szeroki uśmiech wylał się na jego rumiane lico czyniąc z jego ust coś na kształt dwóch wygiętych w łuk dżdżownic.

- Ty obłudniku! - roześmiała się Maryla i rzuciła w niego ściereczką do naczyń. Twoja kolej na wycieranie - dorzuciła i chcąc wyminąć stojącego w kuchennym progu Jana, poklepała go po umięśnionym ramieniu.

Kornelski złapał żonę w pasie i pocałował ją w czoło, a oblepione aroniówką dżdżownice przykleiły się do powierzchni skóry. Przyciągnął ją mocno do siebie.

- Mhmm... Janku, no co Ty, goście będą za dwie godziny - westchnęła mu wprost do ucha i przechyliła głowę tak, jak najbardziej lubił.

- Masz tak długą szyję jak stąd do Władywostoku - mruknął, nie przestając całować tej trasy.

- Ale goście nie jadą aż z Władywostoku - dodała już szeptem, całkowicie poddając się jego pieszczotom. Poczekaj sekundę - mrugnęła filuternie - włożę chociaż schab do pieca.

            Maryla zwinnie wymknęła się z jego objęć, pochyliła się nad piekarnikiem, a Kornelski ze smakiem obserwował dwa prężne uda wystające spod krótkiej spódniczki, a między nimi znikającą w gardzieli piekarnika pieczeń.
Idealne danie do kochania - pomyślał - nie pilnuje się go, robi się samo. Trzeba jedynie osolić mięso i włożyć do gara, obok niego położyć dwie całe cebule i nalać na dno olej rzepakowy. Wystarczy, że zainteresujemy się nim po półtorej godziny, podczas których interesujemy się wyłącznie swoją kobitą. I co? I mamy gotowe danie. Mmmm, a jeszcze śliweczka w środku... Mięsko jest kruche i soczyste (Kornelski nie przestawał wpatrywać się w pośladki Maryli), a olej samoistnie miesza się z sokami tworząc wyborny sos (jego dżinsy w rejonie bioder stały się nagle bardzo opięte). Pragnąc poluzować napiętą atmosferę, dżinsy i pasek Maryli jednocześnie, zaciągnął ją do sypialni. To, co się tam działo, pozostawię wyobraźni Czytelnika. W głowie mi się bowiem nie mieści, jak giętkie mogą być ciała pięćdziesięciolatków obdarzonych słusznymi gabarytami i otoczonych niecienką warstewką izolacji podskórnej. Może właśnie główną rolę odgrywa tu ta sprężystość materii, pozwalając dwóm ciałom tak zgodnie falować i buforować napierające siły. Tymczasem Jan sapiąc,  padł na pościel bez sił. Zamknął oczy z błogością.

            Nos Kornelskiego usilnie próbował odnaleźć i powiadomić mózg o jakimś ważkim fakcie. Impulsy nerwowe, trzymając rozkalibrowany kompas z wirująca igłą, brnęły przez synapsy jak w ruchomych piaskach. Minęły długie minuty, zanim Jan podniósł głowę. Ślina ciekła mu cienką strużką z kącika ust wprost na pomarańczowy tiszert, a wzrok zawisł na ekranie telewizora, na którym zabójca znikał za napisami końcowymi i tarczą zachodzącego słońca.
           
            Co to było? Goście? Maryla? Kornelski wstał i przygładził siwe włosy. Ach, Maryla... Ile to już lat... Gdyby żyła, nie przypalałby notorycznie schabu. Chwile przyjemności z nią trwały bowiem zawsze półtorej godziny... :)

***

Pieczeń "Czarne serce Jana" czyli coś, co potrafi kawaler i wdowiec



Składniki:

- schab bez kości o długości równej średnicy garnka
- 1- 2 cebule (bez łupiny)
- sól
- opcjonalnie suszone śliwki lub morele
- i creme de la creme przepisu, element kluczowy - pół szklanki oleju rzepakowego ♥


Wykonanie:

Pomijając świniobicie, wszystko potem idzie gładko: Nalewamy do garnka olej, wkładamy osolony schab i cebule, wpędzamy wieprzka do piekarnika nagrzanego do granic wytrzymałości, czyli 200C na ok.1,5h. Voila! Kto chce, może naciąć schab i w ranę wrazić owoce. Potem wystarczy założyć szwy lub spiąć szpikulcami do zrazów (dla wrażliwców informacja - nie, to nie boli. No chyba, że nie ucelujemy i władujemy sobie szpikulec pod paznokieć. Ale od czego są naparstki!)

***

No i mój przepis (z fotografią!) miał to szczęście i znalazł się wśród pięciu nagrodzonych - wygrał kosz piknikowy w >> konkursie Dzieciowo mi! Dziękuję! ♥
Teraz mogę jeździć na czerwcówki :)



konkurs_zdjecie2



A tu wszystkie zwycięskie przepisy, smacznego! KLIK!



poniedziałek, 30 maja 2016

(213) Złote myśli Skorpiona o pisarzach


Ćwiczenie - rozgrzewka 0.4
Pisarz to…

Kim jest pisarz? Stwórz przynajmniej pięć definicji pisarza. Pozwól sobie, aby każda kolejna była coraz bardziej „od czapy".



Achtung, rzucam pod Wasze stopy garść pereł, które właśnie utoczyłam w swojej perłowej macicy: 


Pisarz to ktoś, kto używając 10% talentu i 90% harówki, składa litery przez rok, by ktoś inny rozłożył je w dwa dni. 


Pisarz jest jak układ pokarmowy świata. Pobiera z zewnątrz, przetwarza, buduje, a niestrawne resztki wydala. Gorzej, gdy cierpi na niestrawność. Albo gdy wyłącznie wydala.


Pisarz jest jak transformator. Przetwarza napięcie. 


Nie poznasz, kto pisze, a kto nie. Pisarze wyglądają całkiem normalnie, bestie świetnie się maskują! 


To co wypływa na kartkę, to tylko kropla z tego, co wypił pisarz :)



Teraz możecie sprać mnie po pysku! Albo postawić pomnik. Historia oceni :)